Film i gry komputerowe- widziane nieprofesjonalnym okiem.
RSS
wtorek, 22 lutego 2011
Oscary 2011

W niedzielę ceremonia, a dziś swoje typy przedstawię ja.

Najlepszy film

Nominacje generalnie dupy nie urywają, ale prawda jest taka, że za bardzo nie było z czego wybierać. Rok był kiepski. Filmy nominowane podzieliłbym na trzy kategorie. Te co najmniej fajne, czyli:

Winter’s Bone- straszny snuj, ale od czasu do czasu lubię obejrzeć coś w tym stylu i WB bardzo mi się podobało.

True Grit- jak na dobry western trochę zbyt letni, ale to i tak wysoka półka.

The Fighter- porządna historia o boksie. Wahlberga nie cierpię, ale jednak nie będę przez niego skreślał całego filmu. Zresztą i tak genialny Bale rekompensuje jego obecność.

Inception- nienawidzę hype’u wokół tego filmu. Nie cierpię wszystkich internetowych fanbojów Nolana, którzy każdy jego film wynoszą to ranki arcydzieła, ale cóż- w ubiegłym roku nie było lepszego czysto rozrywkowego filmu.

Dalej mamy trójkę średniaków, które na kolana nie rzucają, ale ogląda się je dobrze- The King’s Speech, The Social Network i 127 Hours.  W trzeciej kategorii są ci najsłabsi- Black Swan i The Kids Are All Right. Choć przyznać trzeba, że umieszczanie BS obok filmu pani Cholodenko jest z mojej strony nieco nie fair, bo o ile ten pierwszy da się jakoś obejrzeć to TKAAR jest gniotem okropnym.

A i jest jeszcze Toy Story 3, które tak na dobrą sprawę jest najlepszym filmem z całego tego towarzystwa, ale jestem konserwatywny i animacja nie ma u mnie szans w tej kategorii.

Oscara zdobędzie pewnie ktoś z dwójki TKS i TSN, ale ja bym stawiał raczej na film o królu. Dla niego za najlepszy film, a reżyseria dla TSN.

Mój wybór: Winter’s Bone

Wygra: The King’s Speech

Aktor pierwszoplanowy

Tutaj mój wybór będzie raczej poprawny politycznie i postawię na Colina Firtha, bo naprawdę odwalił kawałek dobrej roboty.  Jeff Bridges, też byłby ok, ale on już wygrał rok temu.

Mój wybór: Colin Firth

Wygra: Colin Firth

Aktorka pierwszoplanowa

Chciałbym, żeby wygrała Jennifer Lawrence, ale w tym roku pewnego Oscara ma Natalie Portman. Polemizować z tym nie będę, bo o ile film był moim zdaniem kiepski to widać, że ona wiele wysiłku włożyła w tą rolę i na statuetkę zasłużyła.

Mój wybór: Jennifer Lawrence

Wygra: Natalie Portman

Aktor drugoplanowy

W zasadzie lubię każdego z nominowanych aktorów i każdemu życzyłbym Oscara, ale w tym roku z Bale’m nikt nie ma szans.

Mój wybór: Christian Bale

Wygra: Christian Bale

Aktorka drugoplanowa

I tutaj wybór jest naprawdę ciężki. Równie dobrze zwyciężczynię można by wybrać poprzez losowanie. Ja po dłuższym zastanowieniu wybrałbym Melissę Leo, ale na kogo postawi akademia ciężko powiedzieć. Jeśli Oscara dostanie The King’s Speech może to być Helena Bonham Carter tak na potwierdzenie tego wyboru jeszcze paroma statuetkami. Choć z piątki nominowanych to ona miała chyba najłatwiejszą rolę.

Mój wybór: Melissa Leo

Wygra: Helena Bonham Carter

Reżyseria

A tutaj postawię na Davida Finchera. Mimo wszystko nadal jest jednym z moich ulubionych reżyserów i uwielbiam wszystkie jego filmy, które nakręcił przed nieszczęsnym Buttonem. Oczywiście za TSN Oscar akurat mu się nie należy, ale mam nadzieję, że już zdobędzie swoją upragnioną statuetkę to wróci do robienia fajnych filmów. I nie, remake szwedzkiego filmu sprzed niecałych dwóch lat nie jest fajny.

Mój wybór: David Fincher

Wygra: David Fincher

Film nieanglojęzyczny

Dobra przyznaję się, że żadnego z nominowanych filmów nie widziałem. A chciałbym zobaczyć, bo to właśnie filmy nominowane w tej kategorii w ubiegłym roku uratowały dla mnie rok 2010. Gdybym miał jednak postawić u buka to wybrałbym meksykański Biutiful. Bo Inarritu.

Mój wybór: brak

Wygra: Biutiful

Scenariusz adaptowany

Tutaj już postawię na TSN. Bez żadnych „ale”. Historia w nim przedstawiona jest kompletnie nie filmowa i na papierze wygląda mega dennie, a jednak dało się zrobić z niej coś co da się oglądać. I widzę, że gildia scenarzystów, też tak sądzi.

Mój wybór: The Social Network

Wygra: The Social Network

Scenariusz oryginalny

Ciężki wybór. Postawiłbym na Incepcję. Pomysł oryginalny i ryzykowny jak na kino czysto rozrywkowe. Choć ktoś mógłby się słusznie przyczepić, że zerżnięty z komiksu z Donaldem :) Niech Nolan, też ma coś od życia. A i tak pewnie wygra TKS.

Mój wybór: Inception

Wygra: The King’s Speech

Film animowany

Głupie pytanie.

Mój wybór: Toy Story 3

Wygra: Toy Story 3

A pozostałe kategorie krótko:

Zdjęcia- MW: The King’s Speech W: The King’s Speech

Montaż- MW: Inception(tak wiem, że nie jest nominowana) W: 127 Hours

Scenografia-MW: True Grit W: The King’s Speech

Kostiumy- MW: True Grit W: The King’s Speech

Charakteryzacja- MW: The Wolfman W: The Wolfman

Muzyka- MW: Tron: Legacy (yhm, wiem, że nie ma) W: The Social Network

Piosenka- MW: Country Strong W: 127 Hours

Efekty specjalne- MW: Inception W: Potter bądź Alicja

Kategorie związane z dźwiękiem są na tyle specjalistyczne, że nie będę podejmował się próby ich oceny. Podobnie dokumenty i krótki metraż- nie będę oceniał czegoś czego nie widziałem.

I przypomniało mi się, że już dawno miałem zrobić swoje filmowe top 5 2010. Niestety miałem niezły zapieprz co nie zmienia faktu, że dałem trochę ciała i już jest na to ciut za późno. Zatem tylko szybka lista (bez obaw i tak nie miałem nic miałem nic mądrego do napisania):

5. Buried


4. The Hurt Locker


3. Animal Kingdom


2. El Secreto de sus ojos


1. Un Prophete


Oczywiście brałem pod uwagę tylko filmy, które miały w ubiegłym roku premierę w Polsce.

A za rok postaram się zrobić to lepiej.

20:56, randallg
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 14 lutego 2011
Magicka

 

Mała gierka kupiona niedawno na steamie. Taka z tych, które mimo małych rozmiarów pomysłami i grywalnością przewyższają wysokobudżetowe produkcje. A przynajmniej tak by było, gdyby nie... To później, na razie będę chwalił.

Historyjka przedstawiona tutaj to banał, więc nie będę wspominał o co tutaj chodzi. Ok, coś o ratowaniu świata. Jednak w tej grze nie chodzi o nieoczekiwane zwroty akcje i skomplikowane charaktery postaci. Gra jest parodią i to całkiem niezłą. Parodiowane są tutaj nie tylko gry, ale również filmy. Już za to należą się grze brawa, bo w tej gałęzi rozrywki robienie sobie jaj z samych siebie jest dość rzadkie. Jeśli chodzi o aspekty humorystyczne to przezabawny jest sam dubbing. Postacie mówią tutaj jakimś wymyślonym językiem mającym przypominać języki skandynawskie. I spokojnie nie ma tutaj takiego bełkotu jak w simsach, w tej gadce spokojnie da się wyczuć emocje, interpunkcje itp. I bez obaw napisy są po angielsku.

W grze najważniejsze jest czarowanie. Na tym zresztą opiera się cała rozgrywka- chodzisz i za pomocą czarów rozwalasz tabuny wrogów. I czarowanie jest zrobione perfekcyjnie. Mamy dziesięć różnych rodzajów magii. Pojedynczo każdy czar ma moc „taką sobie”, ale po połączeniu ich... To jest właśnie w tej grze najlepsze. Czary możemy ze sobą łączy. Co da skrzyżowanie wody i mrozu? Śmiercionośny deszcz sopli. Ziemi i ognia? Potężną kulę ognia. I tak dalej, i tak dalej. Ilość kombinacji jest ogromna. Prawdziwa gratka dla tych co lubią w grach poeksperymentować. Dodatkowo w grze jest zachowana całkiem porządna fizyka. Dlatego np magia elektryczności da lepszy efekt na wrogach, którzy dopiero co wyszli z wody, a ogień na tych trzymających na plecach worek z bombami. Jak widać system walki jest dość złożony i daje mnóstwo frajdy. Brakowało mi tylko jakiejś aktywnej pauzy w czasie pojedynków. Wprawdzie układ klawiszy jest dość intuicyjny, ale w ferworze walki, gdy naciera na ciebie banda goblinów i orków łatwo w pośpiechu nacisnąć nie ten klawisz i np zamiast uleczyć się, zesłać na siebie grom z jasnego nieba.

To prowadzi do kolejnego punktu- TO NIE JEST RPG! A patrząc na screeny można dojść do takich wniosków. Nie ma tu żadnego rozwoju postaci, ekwipunku. Eksploracja świata jest ograniczona- wszystkie drzwi są zamknięte (dosłownie). To czysta gra akcji.

I gra jest dosyć trudna. Były momenty kiedy parę kurew poleciało w powietrze. Być może dlatego, że gra jest stworzona głównie z myślą o co-opie. To co normalnie przypadło by na dwóch graczy (a nawet czterech) w single playerze spada na barki jednego bohatera. Zresztą tak myślę, że ilość przeciwników jest zawsze taka sama. W grach jest zdeklarowanym singlem, więc tego elementu nie testowałem. Kampania jest jednak jedna. Drugi gracz może się po prostu w każdym momencie dołączyć do rozgrywki.

Dość wysoki poziom trudności (jak dla mnie. Pewnie okaże się, że to tylko ja miałem z tym problemy) nie jest żadną wadą. Wręcz przeciwnie wyzwania są dobre. Jednak nie tutaj. I to jest właśnie ten moment, w którym piszę o elemencie, który zabił dla mnie tą grę.

System save'ów. Ten kto go opracował musi mieć pulpeta z Ikei zamiast mózgu. Gra jest podzielona na rozdziały. W trakcie nich mamy kilka checkpointów- tu jest ok , są rozłożone całkiem rozsądnie, więc gdy zginiemy nie musimy powtarzać zbyt wiele. Ale niestety, gdy zechcemy przerwać grę to później będziemy musieli zaczynać ją od początku rozdziału. Tak jest, gra zapisuje się tylko po przejściu danego etapu. A poszczególne rozdziały do najkrótszych nie należą, dzieje się w nich sporo i ginie się dosyć często. Nie można chociażby przerwać gry podczas nieco trudniejszego starcia z bossem, nieco odsapnąć i powrócić do gry już z lepszym rezultatem. To znaczy się można, ale najpierw trzeba przejść cały rozdział od początku. Gdy w początkowych etapach gry podczas końcówki rozdziału nagle mój Windows postanowił się zaktualizować, jeszcze jakoś to przeżyłem. Wtedy było jeszcze łatwo i szybko to nadrobiłem. Jednak im dalej w las tym jest trudniej. Na późniejszym etapie, również gdy byłem już bliżej, niż dalej końca rozdziału, wyskoczył jakiś błąd i wywaliło mnie do pulpitu. Cóż zdarza się. Tylko tym razem, gdy chciałem zacząć to od nowa to przypomniałem sobie te ilości wrogów, które musiałem pokonać i to ile razy musiałem oglądać planszę z napisem „defeat” to po prostu mi się odechciało robić to znowu. Wyszedłem z gry i raczej nieprędko do niej wrócę.

Podsumowując. Gry nie odradzam, ale i nie polecam. Przynajmniej graczom, którzy preferują grę w singlu. Za to jeśli szukasz czegoś do gry w co-opie to kupuj bez obaw. I do końcowej oceny możesz sobie dodać z dwa oczka.

 

6/10

15:56, randallg
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 06 stycznia 2011
Top5 2010 - Gry

Tadam!!  Minął kolejny rok. Tak, dopiero się zorientowałem. A nowy rok od niepamiętnych czasów jest okresem nagród i podsumowań. Tak jest i u mnie. Dzisiaj 5 najlepszych gier minionego roku.

5. Mass Effect 2

 

 

Kocham Bioware. Owszem prawie każda ich gra oparta jest na identycznym schemacie, ale walić to. Po co zmieniać coś co się sprawdza. Kocham ich przede wszystkim za to, że obecnie jest to chyba jedyna firma ( obok Obsidian), która tworzy RPGi mogące zaistnieć na czołówkach list przebojów i okładkach gazet (spokojnie Wiedźmin będzie dopiero w przyszłym roku). Nie oszukujmy się jest to gatunek nieco już zapomniany i gdyby nie takie Bioware byłby teraz tam, gdzie przygodówki. Z całym szacunkiem, bo te również bardzo lubię. Choć w sumie można się zastanowić nad tym, czy czasem nie tworzą oni zupełnie odmiennego gatunku? Bo bądźmy szczerzy, kto w ME2 w pocie czoła wykonywał kolejne nieistotne zadania poboczne, żeby nabić sobie niezbędnego doświadczenia? Albo głowił się nad tym, którą ze statystyk powiększyć. Ja na pewno nie. A od połowy gry dawałem po prostu automatyczny awans, bo to i tak nie miało większego znaczenia. Z drugiej strony to właśnie tutaj lepiej wczułem się w rolę, więc może to ME2 bardziej zasługuje na miano RPG? I do stylu ME2 trzeba się przyzwyczaić, bo zdaje się, że w grach od Bioware zagości już na stałe. Nawet druga część DA zapowiada się na ME w wersji fantasy, choć jedynka była zapowiadana jako wielki powrót do korzeni. Czy to źle? Moim zdaniem nie. Ok, nagadałem się, a w sumie nawet nie powiedziałem dlaczego ta gra zasługuje na miejsce w piątce. Zasługuje i już :) Przejdźmy dalej.

4. Heavy Rain

 


Gra eksperyment. Nie jestem w stanie jednoznacznie powiedzieć jaki to gatunek. Większość serwisów uznaje ją za przygodówkę. Niby ok tylko, że rozgrywka polega głównie na szybkim uderzaniu przycisków na padzie. Średnio to pasuje do przygodówki. A więc zrecznościówka. No właśnie raczej też, nie. Ba, czy HR to właściwie gra, czy interaktywny film. Bo, czy coś czego nie da się przejść, a co najwyżej zakończyć historię w nieco bardziej pesymistyczny sposób można jeszcze nazwać grą (oczywiście pomijam jakieś sportówki)? Rozważania zostawmy komuś innemu. Dla mnie najważniejsze jest to, że przy HR da się spędzić przyjemnie parę godzin. W dodatku gra daje dużego emocjonalnego kopa. Brakuje właśnie takich gier, które opowiadałyby o w gruncie rzeczy do bólu przeciętnych ludziach, ale postawionych w nieprzeciętnych sytuacjach. Historia jest od początku do końca poważna bez żadnych głupot- no może poza gadżetami agenta FBI (które były w ogóle bez sensu, bo spokojnie dałoby się je zastąpić pracą tradycyjnymi metodami). Czyli jest zupełnie inaczej, niż w Fahrenheit, który jest moim zdaniem tytułem mocno przereklamowanym. I jest po prostu do dupy. Aha i warto posłuchać się twórcy- Davida Cage’a i przejść grę tylko jeden raz. Inna sprawa, że jemu chodzi o to, żeby odkryć tylko historię pasującą tylko do ciebie (i takie tam), a mi o to, że gdy gra się za drugim razem zbyt wyraźnie widać parę dziur scenariuszowych i momentów które nie mają tak naprawdę żadnego znaczenia (choć grając za pierwszym razem myślimy inaczej).

3. Fallout: New Vegas

 

 

Na początek przyznam się do czegoś. Nie przeszedłem tej gry. Tak jest, na podium umieszczam grę, którą nawet nie skończyłem. Ale spędziłem w jej świecie około 50 godzin, więc czuję się jakbym przeszedł kilka tytułów. I tyle wystarczy mi, żeby docenić tą produkcję. Nie jest to tytuł, który przyciąga do siebie od pierwszych minut. Wręcz przeciwnie. Jest brzydki, wydaje się nudny i może trochę ułomny (te błędy), ale jak go się bliżej pozna będzie to przyjaźń na długi czas. Ja przy tych 50 godzinach (to kilka godzin więcej, niż zajęło mi ukończenie również monumentalnego Dragon Age) wątek główny mam ukończony w jakiś 70% (co najwyżej. Aha, wybrałem drogę pana House’a), na liczniku tyle rozpoczętych zadań pobocznych, że może od tego głowa rozboleć (nie chcę nawet myśleć ile jeszcze czeka na aktywowanie) i mnóstwo białych plam na mapie. A sam świat zachęca do jak najdokładniejszego eksplorowania go. Za każdym rokiem może kryć się jakaś ciekawa historia. I nie wierzcie zwiastunowi, z którego można wysnuć, że gra to zwykłe łubudu bu. Więcej czasu spędziłem na kombinowaniu jak ominąć konfrontację, niż na samej walce. Zdarzało mi się nawet uciekać i nie czuję z tego powodu wstydu. Bo tutaj w przeciwieństwie od 99% gier jesteś zwykłym cieniasem, a nie żadnym kozakiem, który na jednych wdechu rozwala całą armię, albo siłą umysłu ściąga krążownik z orbity (przed F:NV grałem w Force Unleashed- niezły kontrast). I wierzcie, lub nie, ale to jest fajne.

2. God of War III

 

 

Nie cierpię slasherów. Najpierw postanowiłem sobie, że w tą grę nigdy nie zagram. Mimo, iż widziałem wystawiane tej grze same 10 i 9 starałem się nie zwracać na to uwagi. Jednak jak widzicie pękłem. I bardzo się z tego cieszę. Ten tytuł to dla mnie najbardziej pozytywne zaskoczenie tego roku. Zaryzykuję stwierdzenie, że jest to jedna z gier kompletnych. A takich jest naprawdę niewiele. Przy każdej grze z tej listy mógłbym bez namysłu wymienić jakieś wady, nawet przy moim numerze jeden. Tutaj musiałbym się nad tym naprawdę mocno nagłówkować i może ostatecznie wymieniłbym przekombinowaną końcówkę. Choć to byłoby wyjątkowe czepialstwo, bo z drugiej strony przecież można ją pochwalić za ciekawy (ba, jak na grę, w która w głównej mierze polega na sieczce- artystyczny) pomysł. Wszystko jest tu na swoim miejscu dopracowane w najmniejszych szczegółach. Fabuła, muzyka (o przypomniało mi się, że coś na drugiego bloga muszę wrzucić :) ), scenografia. Z reguły gry akcji, o ile nie są sandboxami, szybko mnie nudzą i męczą tak, że nawet cieszę się, że większość z nich trwa zaledwie parę godzin. Tutaj około 10 godzin gry to było dla mnie za mało. Nie sposób jest tutaj się nudzić, bo mimo, iż sednem gry jest zwykła rzeźnia  to co chwila mamy tutaj niezwykle ciekawe urozmaicenia. Starożytne Guitar Hero, starożytna wersja Cube, świetnie zrobiona zabawa z perspektywą i oczywiście epickie walki z bossami (Kronos!). No i po 9 latach polskiego naprawdę miło było się zemścić na bohaterach, o których niegdyś należało pisać rozprawki (pograłbym w coś w tym stylu, ale z bohaterami polskich lektur). Jedyne czego żałuję to to, że nie skusiłem się od razu na całą trylogię i fabuła poprzednich części poznałem tylko z jej obszernego streszczenia w PSX Extreme. No nic poczekam, aż zapomnę ich treść i kupię je traktując jako prequele. Ale, żeby nie było- slasherów- jako takich nadal nie cierpię :)

1. Red Dead Redemption

 

 

Pierwsze miejsce nie mogło wyglądać inaczej. To jest gra na, którą czekałem całe życie. Uwielbiam westerny, uwielbiam Rockstara i gra stworzona przez Rockstar z akcją na dzikim zachodzie to spełnienie moich marzeń. I co najważniejsze ani trochę się nie zawiodłem, bo dostałem dokładnie to na co czekałem. Nawet nie bardzo wiem co napisać, gdyż o tej grze napisano już wszystko.  Wygrywa ona co drugi tego roczny plebiscyt (statystyka wzięta z powietrza, ale w każdym razie wygrywa często). Ja skupie się na rzeczy, która poruszyła mnie szczególnie, czyli na zakończeniu gry. To właśnie dzięki niemu cenię ten tytuł nie tylko za to, że jest najlepszym growym westernem, ale za to, że jest świetnym westernem tak ogólnie. Takim co to obok najlepszych filmów i książek nie musi przechodzić ze spuszczoną głową. Oczywiście jestem trochę ograniczony, gdyż nie mogę nic zdradzić, nigdy nie wiadomo, czy nie wejdzie tu ktoś kto w akurat planuje zagrać w RDR. Powiem szczerze, że na końcu się prawie popłakałem. A jedynym filmem, na którym płaczę jest Dzika Banda (ok, płaczę też na bajkach Pixara, ale to by zepsuło klimat). W zasadzie można dostrzec pewne podobieństwa między tymi oboma dziełami, bo fabuła jest bardzo podobna tylko, że w RDR obserwujemy ją z innego punktu widzenia, niż w WB. W zasadzie końcówka podzielona jest na dwie części, gdyż w pewnym momencie miałem wrażenie, że grę ukończyłem (już tamta końcówka była mocna) i czekają mnie tylko zadania w grze swobodnej. Na kilka dni porzuciłem grę i na luzie podszedłem to (jak mi się wydawało) misji pobocznych. I wtedy właśnie dostałem podwójnego kopa…  W sumie pomyślałem sobie, że Rockstar może sobie pozwolić na bardziej ambitne zakończenia. Ich gry zawsze kończy mniejszość graczy. Reszta zadowala się wykonaniem części głównego wątku i kilku szaleństwach w sandboxie. Dzięki temu ci najwytrwalsi mogą zostać nagrodzeni zakończeniem, które nie jest podporządkowane pod masowy gust. Mam nadzieję, że w kolejnych grach R pomyśli tak samo.  W ogóle RDR jest chyba najdojrzalszą grą Rockstara. Zawsze ceniłem ich za poczucie humoru, które mimo, iż bawi nie infantylizuje historii. Tutaj tego humoru jest jakby mniej, iż jest bardziej czarny, niż dotychczas. W dodatku rozróba. Gry od Rockstar zawsze były traktowane jako „te, w których można zrobić niezłą zadymę” co było dla nich nieco krzywdzące (choć nieźle przysłużyło się portfelom twórców). Tutaj niby również można porozrabiać, ale… Jakoś tak nie wypada. Kompletnie do tej gry i bohatera nie pasuje. Kończąc- gra z pewnością ma kilka wad. Sam je dostrzegam i nie mam zamiaru z nikim na ten temat się sprzeczać. Dla mnie jednak RDR jest ideałem i najlepszą grą minionego roku.

 

A kiedyś wstawię filmowe top 5.

22:34, randallg
Link Dodaj komentarz »
piątek, 17 grudnia 2010
Puzzle Quest 2 czyli proste jest piekne

Wszyscy kochamy proste gry logiczne. Wydaje się kupę kasy na komputer, konsole, a i tak zawsze trafi się w Internecie na jakąś banalną flaszową gierkę, zbijanie kulek, układanie klocków i tym podobne, które przyciągnie nas do ekranu i zanim się obejrzymy jest ciemno (lub akurat wychodzi słońce. Jeśli ktoś śpi w takich godzinach jak ja) i wypadałoby się położyć.  A jakiś najnowszy hit, na który czekało się od miesięcy leży na półce nawet jeszcze nie odpakowany. Na moje szczęście jestem lekko uzależniony od fabuły, więc ciężko mi się wciągnąć w coś co nie ma choć pretekstowej historii. Wystarczy proste zabili mu kogoś, a on się mści. Byle coś było. Dlatego jestem na tego typu minigry stosunkowo odporny. Ale tutaj niestety przychodzi Puzzle Quest 2…

Ale o co chodzi? Gra oparta jest na znanej wszystkim grze w kulki. Wiecie, różne kolory łączysz je zdobywasz kulki, fachowo to się nazywa bodajże Bejeweled. Czyli w sumie nuda, ale niebezpiecznie wciągająca. Tylko tutaj to zbijanie kulek ma jakiś sens i jest znacznie ciekawsze. Każda taka partyjka to jedna bitwa. Za zbijane kulki odbiera się punkty życia przeciwnikowi, ale oczywiście twój oponent może zrobić to samo tobie. Możemy jeszcze korzystać z przeróżnych czarów, broni (dostęp do tego uzyskujemy oczywiście dzięki zbijanym kulkom). Ponadto każdy przeciwnik ma jakieś swoje charakterystyczne cechy, zaklęcia, więc nie wystarczy ślepo likwidować kolejne kulki, ale pomyśleć trochę, wybrać jakąś taktykę.

Jednak zbijanie kulek towarzyszy w tej grze praktycznie każdej czynności . Rozbrajanie pułapek, otwieranie drzwi, czy przeczesywanie skrzyń. Tylko podczas chodzenia i rozmów jesteśmy od tego wolni. I trzeba przyznać, że te wszelkie mini gierki są równie przyjemne co sama walka.

Ale najważniejsze (przynajmniej dla mnie)- wszystko co robimy ma jakiś sens. Nie chodzi tutaj tylko o nabijanie coraz lepszych wyników i chwalenie się nimi znajomym, ale wszystko to jest połączone jakąś fabułą. Może i mało odkrywczą, ale dość solidną dzięki czemu taki gracz jak ja zostaje zatrzymany przed monitorem. Co do fabuły to w porównaniu z częścią pierwszą jest ona chyba trochę lepsza (kurde, dopiero teraz wspominam o fabule? Coś od dupy strony zacząłem). Cała afera toczy się o ocalenie wioski, a nie całego świata, zwiedzamy tylko podziemia (choć strasznie rozległe), a nie cały kontynent. Generalnie całość jest bardziej kameralna. I dobrze.

Mimo wszystko cześć pierwsza, w którą grałem mniej więcej rok temu podobała mi się bardziej. Co jest dziwne, bo teoretycznie wszystko przemawia za sequelem. Lepsza fabuła, grafika, też poszła w górę (już widzimy jak nasza postać chodzi. A co!), sama kreska jest ładniejsza i mniej mangowa (dla mnie plus) i gra jest o wiele bardziej urozmaicona. Ale… nie wciągnęła mnie tak jak jedynka. Pierwsza część była prawie tak dobrym pochłaniaczem czasu jak Football Manager. A przy dwójce ten syndrom jeszcze jednej partii był znacznie mniejszy. Gorzej dla gry, lepiej dla mojego życia.

 

8/10

 

22:19, randallg
Link Dodaj komentarz »
środa, 15 grudnia 2010
Zakazana Planeta czyli Leslie Nielsen na poważnie

Oglądalność filmów z Leslie Nielsenem ostatnio pewnie znacznie wzrosła.  Jest dość smutne, ale raczej normalne zjawisko.  Ja również się do tego przyczyniłem. Postanowiłem jednak obejrzeć jakiś mniej znany film. Albo inaczej- film znany, ale nieznany jako film z Nielsenem.

Ok, obowiązkowe streszczenie fabuły. Miejmy już to za sobą.  Pewien statek kosmiczny rusza na coś w rodzaju misji ratunkowej. Celem owej misji jest planeta Altair IV,  na której jakiś czas temu (jeśli mówiąc „jakiś czas temu” mamy na myśli mniej więcej 20 lat) zniknęła grupka naukowców. Po dotarciu na planetę załoga statku odkrywa, że planetę zamieszkuje tylko dr Edward Morbius ze swoją córką. I żyją sobie całkiem przyzwoicie.

Nie powiem, że film się nie zestarzał, bo tak nie jest. Science fiction generalnie starzeje się dość szybko. Wystarczy popatrzeć na desing supernowoczesnego robota:

 

 

Jako, że to blog również o grach muszę to powiedzieć- tak twórcy Fallouta na pewno oglądali ten film.

Ale chrzanić to, bo to przecież oczywiste, że wizja przyszłości w ZP będzie się różniła znacznie od tej z Mass Effect. Ważne jest to jak ten film się ogląda, a ogląda się świetnie. Intryga wciąga. Rodzinka żyjąca sobie w willi na opustoszałej planecie? Niewidzialna siła atakująca ludzi? To podoba się zawsze i wszędzie. Realizacja również jest bez zarzutu i spokojnie broni się mimo, że minęło już ponad 50 lat. Dla przykładu scena ataku niewidzialnego potwora nadal świetnie trzyma w napięciu. A mamy prawie 2011 rok. To co czuli ludzie oglądając to w roku ’56?

Wiadomo, można się przyczepić paru rzeczy. Na przykład te strasznie zbereźne buziaki ;) Dość niskich lotów humor z kucharzem pokładowym w roli głównej.  Albo niemal stoicki spokój zachowywany przez komandora i doktorka, gdy widzą… co widzą (no przecież nie będę spolerował). Ale nie zmienia to specjalnie odbioru filmu, a część można spokojnie zwalić na karb epoki, z której film pochodzi.

I na koniec.  Film oczywiście bardzo dobry, ale… Nie ukrywam, że z chęcią zobaczyłbym zrimejkowana wersję. Spokojnie zanim zaczniecie mnie bić dajcie mi się wytłumaczyć. Ten remake nie mógłby powstać teraz, bo pewnie nic dobrego by z tego nie wyszło. Ale tak na przełomie lat 80/90? Taki soczysty, „brudny” film? Oczywiście zrobiony przez kogoś kumatego np. Richarda Stanleya. Nikt mi nie wmówi, że to byłoby złe.

Nie wiem, czy jest sens oceniać filmy s-f powstałe przed Gagarinem, ale niech będzie, że

 

8/10

12:36, randallg
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 14 grudnia 2010
The Town- czyli Affleck ogląda Gorączkę

 

Był raz sobie chłopiec, który miał marzenie. Chciał zrealizować sequel najwybitniejszego filmu w historii. Proszę nie pytajcie mnie jakiego przecież to oczywiste. Marzenie to pewnie trafiłoby do miejsca, gdzie zwyczajowo trafiają wszystkie niezrealizowane marzenia, gdyby nie to, że chłopiec miał pieniądze i był sławny. I tak w tym roku Ben Affleck nakręcił „The Town”.

Ok,  zacznijmy od początku.  Akcja dzieje się w Charlestown, dzielnicy, która- przynajmniej wg filmu, jak jest naprawdę nie wiem- jest stolicą amerykańskich złodziej. Gdzie wiedza o napadach na bank jest przekazywana z pokolenia, a każdy ktoś choć raz w życiu nie przystawił pistoletu to głowy przerażonej kasjerki jest zwyczajnym lamusem. Tak- główni bohaterowie też to robią. Jest oczywiście agent FBI, który próbuje ich złapać i kobieta, w której główny bohater się zakochuje choć nie wolno mu.

Być może na początku trochę przesadziłem w nazywaniu tego filmu „Heat 2” (a myśleliście, że o co mi chodziło? Obywatela Kane’a?), ale czym inspirował się Affleck ukryć się nie da. Zresztą sam puszcza do widza oko i w jednej scenie możemy oglądać jak on ogląda „Heat”. Za to co leci w telewizorze to 10/10 :)

Czy to źle? Nie, w żadnym wypadku. W końcu jak już kopiować to od najlepszych. Zawsze przecież mógłby powstać film zainspirowany „Świętymi z Bostonu”, a to byłoby straszne. Zresztą affleckowa(?) wersja opowieści o złodziejach wychodzi całkiem zgrabnie. Wprawdzie  film jest raczej lekki w odbiorze i za miesiąc już nie będę o nim pamiętał, ale to 2,5 pół godziny (w wersji reżyserskiej) mija całkiem szybko.

Główny punkt programu, czyli napady są zrealizowane świetnie. Szczególnie ten z zakonnicami  (moment, gdy rabusie zostali zauważeni przez policjanta na szóstkę) .

Nieco mniej przypadło mi do gustu aktorstwo. Ben Affleck jak wiadomo na stołku reżyserskim radzi sobie całkiem  nieźle, ale jako aktor… Ok, nie zagrał tutaj źle, ale jego facjata na ekranie dodaje filmowi jakieś +5 do lamerstwa. Choć i tak jest lepszy, niż jego gość grający jego przeciwnika- John Hamm. „Mad Men” nigdy nie oglądałem, więc nie wiem- być faktycznie wymiata tam nieźle, ale po „The Town” nie rozumiem dlaczego ludzie tak się nim jarają. Jako antagonista gość jest bardziej drętwy, niż Olyphant w „Szklanej Pułapce 4”.

Ok, może przesadziłem z tym, że jako minus podałem ogólnie aktorstwo, bo Renner jest świetny, dobre epizody zaliczyli, też Postelwhite i Cooper. Ale co z tego skoro dwie najważniejsze postacie są strasznie bezjajeczne?

Podsumowując „The Town” to fajny film. Niestety tylko fajny. Jest to strasznie lajtowa opowieść o policjantach i złodziejach, o której pewnie zapomnę już przy Oscarach (a podobno film ma szansę zaistnieć podczas gali). Jednak na kolejne filmy Afflecka czekam z niecierpliwością. Byle działy się one również w Bostonie, bo jak pokazał już w „Gone Baby Gone” potrafi on świetnie przenieść na ekran klimat tego miasta.

7/10

12:05, randallg
Link Komentarze (3) »
czwartek, 09 grudnia 2010
The Walking Dead

 

Na początek wielkie gratulacje dla ludzi, którzy wpadli na pomysł skrócenia pierwszego sezonu do 6 odcinków. Gratuluję jesteście głupsi nawet ode mnie, a mało komu się to udaje. Sezon trwający 1,5 miesiąca.  Pomyśleć, że kiedyś narzekałem na South Park, którego sezon jest podzielony na dwie części po 7 odcinków oddzielonych od siebie wakacyjną przerwą.  Tam jednak wiem, że za najdalej 4-5 miesięcy serial powróci. A nie jak tutaj- rok czekania.

Ok, ale nieważne. Najważniejsze jest to czy warto czekać do następnego Halloween na kolejne odcinki. Tak. Ale…  Zacznę może od początku.

Pierwszy odcinek potraktował mnie jak jednego z zombiaków- próbował urwać mi łeb. Główny bohater- Rick Grames budzi się ze śpiączki (ok później porusza się bez większych problemów, ale to tego każdy kinoman już się przyzwyczaił) i widzi, że świat podczas jego chwilowej nieobecności trochę się zmienił. Wokół żadnej żywej duszy, ale za to po ulicach wala się mnóstwo ciał. Ba, niektóre z nich są nawet całkiem żwawe jak na umarlaków i próbują  zapolować na Ricka. „O cholera, świat jest pełen zombie”  pomyślałby sobie każdy z nas, ale nie nasz główny bohater. W jego świecie prawdopodobnie nie powstał żaden film o żywych trupach, a George Romero pracuje jako mechanik samochodowy (pracował, teraz jest już pewnie zombie).  Ok podobny motyw był już chociażby w „28 dni później” i pewnie jeszcze, gdzieś, ale jest to zawsze fajne. Epizod do końca trzyma świetny klimat, potęguje go jeszcze kilka znakomitych scen Scena z judaszem, z obracającą się klamką, wjazd do Atlanty- mistrzostwo. Jednak był to jedyny odcinek wyreżyserowany przez samego Darabonta. Dalej serial przejmują niestety jacyś jedynie solidni wyrobnicy i nagle zaczyna brakować tego błysku. Choć nie oszukujmy się dalszej części nawet Darabont by nie pomógł.

Pozostałe 5 odcinków jak na rzecz o żywych, wyżerających mózgi trupach jest strasznie lajtowa.  Gęsty klimat praktycznie znika i zaczyna się zwykła przygoda. Dość naiwna czasami (patrz: rozwiązanie wątku z gangiem meksów). Wiele ckliwych momentów, długich pożegnań (ok, jedno jest świetne), czy podniosłych przemówień.  W dodatku postacie są takie sobie. Trójkącik główny bohaterów daje radę (choć pewnie przez to nagłe urwanie sezonu nie zostaje do końca pociągnięty), ale drugi plan to szereg stereotypowych postaci: dziadek, twarda babka, redneck, a nawet murzyn o tradycyjnym imieniu T-Dog. W dodatku w małej grupce ocalałych znalazła się prawie każda możliwa nacja. Tylko Indianina i Araba brakuje.  W sumie pierwszy sezon był dwa razy krótszy, niż miał być, więc może miały się one rozwinąć w drugiej połowie? Zobaczymy.

Finał, który wcale finałem być nie powinien na kolana nie rzuca. Sam pomysł jest nawet niezły, ale wykonanie jest takie sobie. W dodatku kończy się serią najbardziej tandetnych wybuchów jakie ostatnio widziałem.  Ale mimo wszystko ma się uczucie, że teraz może się wydarzyć wszystko i ciekawi mnie to co ocalali mogą teraz spotkać na swojej drodze.

Ok, na początku napisałem, że warto czekać na ciąg dalszy jednak teraz tylko narzekałem. TWD nie jest wprawdzie tak mocne jak chciałbym, ale mimo wszystko świetnie się sprawdza jako serial przygodowy. A dobrą przygodówkę zawsze z chęcią przygarnę. TWD najbliżej do takiego Losta w otoczce zombie. Czy to, źle? Moim zdaniem nie. A może z czasem zrobi się bardziej hardkorowo. Darabont zwalnia, lub chce zwolnić zespół scenarzystów, więc może nowi ludzie będą mieli nieco bardziej bezkompromisowe podejście?

Pierwszy sezon ma u mnie 7/10 i z nadzieją oczekuję kolejnego. Chyba, że w międzyczasie „Luck” Manna tak wymiecie, że każdy inny serial przy nim wyda się kompletnie bezwartościowy

 

21:21, randallg
Link Dodaj komentarz »
1 rok, 4 miesiące, 6 dni

To wbrew pozorom nie jest tytuł jakiegoś kolejnego rumuńskiego hitu.

Tyle czasu minęło od mojego ostatniego wpisu. Całe szczęście, że był on zilustrowany epickim fotosem z "Dzikiej Bandy", więc nie ma wstydu przed moimi bałkańskimi przyjaciółmi którzy zaglądali tutaj czasem skierowani przez google grafikę. Swoją drogę dzięki za podbicie statystyk (хвала, hvala, благодаря). I byli oni chyba jedynymi osobami, które od czasu do czasu tu zaglądały, bo nawet ja kompletnie o nim zapomniałem. Przypomniałem sobie o nim dopiero dzisiaj. Przez przypadek.

A w tym czasie wiele się w moim życiu zmieniło. Ba, nawet przez krótki okres czasu prowadziłem bloga, który był czytany nie tylko przeze mnie. I to z przyjemnością. Przynajmniej mam taką nadzieję. Oczywiście nie będę mówił o moim życiu prywatnym to nie facebook (Swoją drogą skasowałbym swój profil, bo i tak go nie odwiedzam, ale po obejrzeniu jednego z odcinków South Parku trochę się boję). Mogę za to powiedzieć co zmieniło się w moim żywocie gracza i kinomana.

Najważniejsze jest to, że przestałem być zatwardziałym pecetowcem. Ba, nawet kupiłem sobie PS3 i teraz to na nim gram częściej. PC oczywiście nie porzuciłem, ale poszły nieco na boczny tor.

Jako kinoman obejrzałem w całości dwa najlepsze seriale w historii- The Wire i Shield. I to był błąd, bo teraz żaden serial nie jest w stanie mnie usatysfakcjonować. Choć Boardwalk Empire się stara. No, ale dzięki nim jestem teraz lepszym człowiekiem;)

To jest w sumie najważniejsze, bo choć obejrzałem wiele filmów i przeszedłem wiele gier to może napiszę o tym w kolejnych notkach? A może znowu zapomnę o blogu na rok?

Zobaczymy.


14:11, randallg
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 03 sierpnia 2009
Siedmiu Wspaniałych cz. 2

Jak zapowiadałem teraz żegnamy się z różnorodnością. Podium do czegoś zobowiązuje i mogą znaleźć się na nim jedynie najlepsi. Chyba, że ktoś skorzysta na upadku 5 zawodników przed nim, ale na szczęście to nie short track. Poznajcie trzech najwspanialszych z grona siedmiu wspaniałych.

3. Bez przebaczenia (1992) reż. Clint Eastwood

W 1992 western był gatunkiem ledwo zipiącym. Owszem „Tańczący z wilkami” osadzony w tych klimatach zdobył nawet Oscara (co tylko pokazuje jak ludzie tęsknili za dobrym westernem). W zasadzie gatunek zaczął już wymierać w latach 70 kiedy nawet Peckinpah odszedł od gatunku, ale lata 80 to już prawdziwa westernowa pustynia. Oczywiście filmy powstawały nadal, ale nie da się tego porównać z latami 50 kiedy westernów powstawało na pęczki (choć w większości kiepskich. A przynajmniej ja nie lubię tej epoki), czy z przełomem lat 60 i 70 kiedy powstawały chyba najlepsze filmy z gatunku. Głupio byłoby, żeby western umarł śmiercią naturalną. Dlatego postanowiono pożegnać go z przytupem. I tak powstało „Bez przebaczenia”. Film według mnie jest filmem kończącym epokę westernów. Owszem po „Bez przebaczenia” powstała masa westernów (niektóre nawet są na tej liście), ale film Eastwooda jest tym ostatnim wielkim. Poza tym takie produkcje jak „Propozycja”, „Deadwood”, czy „Zabójstwo Jesse’ego Jamesa...” wydają się być anty nawet wobec uznawanych za antywesterny filmów Peckinpaha i Leone. Fabuła „Unforgiven” przedstawia się następująco: William Munny to były rewolwerowiec, który w przeszłości bez wątpienia dokonał wielu mało chwalebnych czynów. No ,ale było minęło. Obecnie jest starym wdowcem, który wychowuje dzieci na odosobnionej farmie. Jednak za namową młodzieńca- Schofield Kida postanawia wykonać ostatnie zlecenie- zabić farmerów, którzy potwornie okaleczyli pewną prostytutkę. Bohaterami tego westernu są staruszkowie- Eastwood, Freeman, Hackman. Staruszkiem jest też sam gatunek, którego pierwsze namiastki można było znaleźć niedługo po wynalezieniu kinematografu. Zresztą tych staruszków na dobrą sprawę nie ma kto zastąpić. Jedyny kandydat, który mógłby przejąć po nich rewolwery jest prawie ślepy. Można powiedzieć, że western za pomocą „Bez przebaczenia” wyrusza w swoją ostatnią drogę, podobnie jak Munny. Zarówno bohaterowie filmu jak i sam gatunek chcą się godnie pożegnać (nie wierzę, żeby Munny i grany przez Freemana Logan podjęli się zadania tylko ze względów materialnych). Z racji tematu film jest nostalgiczny. Jednak jest to taki dziwny rodzaj nostalgii połączony z mrokiem i pesymizmem. „Bez przebaczenia” nie stara się, też mimo wszystko gloryfikować gatunku. Świat przedstawiony w „Unforgiven” jest strasznie brzydki, nawet dużo bardziej odstręczający, niż ten, który możemy oglądać w dziełach „krwawego Sama”. Jednak ta brzydota została pięknie pokazana. Film został jak najbardziej słusznie nagrodzony 4 Oscarami, w tym najważniejszym- za najlepszy film. Jednak ludzie tęsknią za westernem. „Unforgiven” to zdecydowanie najlepszy film genialnego twórcy jakim jest Clint Eastwood.

2. Dobry, Zły i Brzydki (1966) reż. Sergio Leone

Gdybym pisząc o westernach nie wspomniał o Sergio Leone to miałbym westernowy grzech ciężki (choć nie wspominam ani słowem o Johnie Fordzie i Johnie Wayne’a, więc i tak go mam). Pozycja druga na liście jest zarezerwowana dla brodatego Włocha i film, który się tutaj znajduje jest tak naprawdę nieistotny. W zasadzie mógłbym umieścić tutaj „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie”, który jest przez wielu uważany za najwspanialszy western wszechczasów. I w zasadzie mogę się z tym zgodzić. Gdybym miał komuś pokazać tylko jeden western to wybrałbym właśnie OTUIAW, gdyż jest to film bardzo reprezentatywny. Mógłbym, też umieścić „Za garść dynamitu”, który jest chyba jedynym filmem w dorobku Leone, w którym bohater przechodzi jakąkolwiek przemianę (nie wspominam o „Dawno temu w Ameryce”, gdyż westernem przecież nie jest). Mógłbym, też umieścić tutaj któryś z pozostałych filmów z trylogii dolara i nie nikt nie mógłby narzekać. Ja jednak zdecydowałem się na film kończący trylogię. Z powodów osobistych. Przez długi czas nie lubiłem westernów. Swego czasu często puszczano je w niedzielne południa na dwójce, czy Polsacie i te przygodowe westerny dla całej rodziny wydawały mi się niezwykle czerstwe (i nadał za takie je uważam). Jako dzieciak w podstawówce przeczytałem pierwszy tom „Winnetou” i nie podobał mi się na tyle, że kolejne sobie odpuściłem. Wówczas z literatury podstawówkowo- przygodowej zdecydowanie wolałem bardziej swojskich Tomka Wilmowskiego i Pana Samochodzika. Zresztą do „Winnetou” wróciłem kiedy już polubiłem westerny i tym razem, też mi się nie spodobało. Ale do rzeczy. „Dobry, Zły i Brzydki” był pierwszym westernem, który pochłonął mnie całkowicie. Sam się sobie zdziwiłem, bo do filmu podchodziłem bardzo niechętnie, a okazało się, że trzygodzinny seans minął jak z bicza strzelił. Wtedy po raz pierwszy powiedziałem do siebie „A więc tak wygląda dobry western!” i postanowiłem zapoznać się z pozostałymi filmami z gatunku. Każdemu kto za westernami nie przepada życzę takiego oświecenia. Zresztą „TGTB&TU” znakomicie się do tego nadaje. Chyba żaden western nie łączy w sobie z taką gracją historii a’la klasyczne westerny (wiecie, poszukiwanie skarbu i te sprawy) ze składnikami typowymi dla westernów drugiej połowy lat 60 z brakiem wyraźnego podziału na dobro i zło na czele. Ponadto moim zdaniem „Dobry...” to film, w którym osiągnięto perfekcje w zgraniu obrazu z muzyką. Zresztą to u Leone norma.  Końcowe sceny na cmentarzu to chyba najlepsze „sceny z podkładem”( nie miałem pojęcia jak to nazwać;]) w historii. Równać z nimi może się tylko pierwsze pojawienie się Henry Fondy w „Pewnego razu na...”. Zresztą, też ze stajni Leone. A końcowy pojedynek to znowuż najlepszy „klasyczny” westernowy pojedynek w historii (ale niezwykle bezczelny pojedynek z „Pat Garret i Billy the Kid” również rządzi). Oczywiście nie byłoby tak historycznie, gdyby nie doskonała muzyka Ennio Morricone. A odchodząc od muzyki- nie dajcie się zwieść głosom, że to film z Clintem Eastwoodem w roli głównej. Owszem tak jest, ale tylko na papierze. W rzeczywistości Eli Wallach dominuje na ekranie i swoją wyśmienitą grą kradnie ten film dla siebie. Żałuję tylko jednego- nigdy nie widziałem go w kinie. A Stephen King w przedmowie do „Mrocznej Wieży” narobił mi na to strasznego smaka. Ale podsumowując- Sergio Leone to geniusz.

1. Dzika Banda reż Sam Peckinpah

O najlepszych zawsze piszę się najtrudniej. Bo jak sensownie opisać coś co jest szczytowy osiągnięciem w dziedzinie westernu. Coś co jest wybija się nawet ponad pozostałe filmy Sama Peckinpaha, którego niemal każdy film zasługuje u mnie na bezwzględny szacunek? Może rzecz o fabule. Pike Bishop i jego banda ledwo uchodzą żywi z zasadzki zastawionej przez nich przez kolej podczas ostatniego skoku. Wiedzę, że w Stanach są już spaleni, więc jak wielu przed nimi postanawiają uciec do Meksyku. Ich tropem ruszają łowcy nagród wynajęci przez  władze kolei (a raczej banda zwykłych opryszków) pod przewodnictwem byłego członka dzikiej bandy Thortona. Już w Meksyku, nasi bohaterowie chcąc zarobić wplątują się w sidła miejscowych rozgrywek politycznych i podejmują się zadania zdobycia transportu broni dla Mapache- miejscowego bandyty mianującego się generałem... Już na początku widać, że coś tutaj nie gra. Bandyci z dzikiego zachodu, którzy posuwają się do tego, aby pracować dla meksykańskiego generała. Gdzie jest ta kowbojska wolność? Tutaj jej nie uświadczymy. O ile „Bez przebaczenia” był swoistym pożegnaniem z westernem to „Dzika Banda” jest pieśnią pożegnalną dla całego Dzikiego Zachodu i jego legend. Zresztą akcja filmu toczy się w jego schyłkowym okresie i obok koni pojawia się tam także samochód, a nawet jest wzmianka o samolotach. Z pewnością nie jest to dobry okres dla herosów rodem z Dzikiego Zachodu. Dlatego, też nie godzę się na nazywanie „Dzikiej Bandy” antywesternem. Rozumiem, że nie ma wyraźnego podziału na dobro i zło, że wszystkie szlachetne zasady rządzące tym światem poszły gdzieś tam i wreszcie film pokazuje świat amerykańskiego zachodu jako niezwykle brzydki i okrutny (nawet małe dzieci świetnie się bawią męcząc skorpiona). Ale nie ma żadnego filmu, który ukazywałby tak wielką tęsknotę za tym światem jak „Dzika Banda”. Sam Peckinpah kocha swoich bohaterów łącznie z Thortonem, który z racji swojej roli w fabule ma miano „tego złego” (choć jak dobrze wiemy tak nie jest) i kocha te niegościnne krajobrazy amerykańsko- meksykańskiego pogranicza. I ta miłość udziela się nam i również kibicujemy bandzie Pike’a choć wiemy, że o ile między sobą to równe chłopaki to już cywili, którzy staną im na drodze potrafią potraktować naprawdę niemiło. Te w gruncie rzeczy oprychy zostali ukazani w „Dziekiej Bandzie” jako niemal mityczni herosi. Odchodząc już od spraw dzikiego zachodu, to „Dzika Banda” jest, też moim zdaniem świetnym filmem o przemijaniu. Wszystko się kiedyś kończy i w pewnym momencie możemy podobnie jak bohaterowie „Dzikiej Bandy” odkryć, że nie pasujemy do otaczającego nas świata. Z filmu Peckinpaha wiemy, że z takiej sytuacji można wyjść godnie. I choć historia kończy się tragicznie (myślę, że nic nie zdradzam, gdyż los jaki czeka bohaterów jest widoczny już od pierwszych scen filmu) to jednak w filmie moim zdaniem każdy z bohaterów wygrywa. Każdy kończy z godnością, czy to poprzez próbę dostosowania się do nowych warunków, ale z zachowaniem własnych zasad, czy poprzez swoistą kowbojską śmierć honorową. A myślę, że nie ma większej nagrody, niż zachowana godność. Film ma co najmniej dwie sceny, które na stale przejdą do historii kinematografii. Obydwie dotyczą strzelania. Pierwsza początkowa, która jest chyba najbardziej bezpardonową strzelaniną w historii kina. Znaczną większością poszkodowanych są w niej członkowie towarzystwa abstynentów, którzy mieli niefart odbywać w tym czasie swoją demonstrację. Czegoś takiego nie było nawet w uważanej za najlepszą strzelaninę w historii (chyba także wg mnie) scenie z „Gorączki”, gdzie kule albo cudownie omijają licznych przechodniów, lub operator dobrze przed nami ukrywa wszelkich poszkodowanych. A druga strzelanina, czy raczej niezwykle efektowne samobójstwo to... No cóż, ja mimo huku strzelb i karabinu maszynowego uroniłem przy niej łezkę. Choć ten jak i wszystkie inne filmy Peckinpaha jest niezwykle brutalny to w przeciwieństwie do jego licznych naśladowców (tak panie Q to do pana) nie jest to tylko przemoc dla samej przemocy. Brutalność ma tylko zwrócić uwagę, a pod nią kryje się coś więcej. Nie bez powodu w stosunku do Peckinpaha często spotykam się z pojęciem „krwawy moralista”. Miejsce pierwsze jak i cały tekst zakończę podobnie jak miejsce drugie- Sam Peckinpah to geniusz.

21:32, randallg
Link Dodaj komentarz »
środa, 29 lipca 2009
Siedmiu Wspaniałych cz.1

Ostatnio modne stało się „CoJ” (grałem tylko w pierwszą część- ujdzie. W dwójkę zagram jak stanieje;]) i nagle wiele osób stało się fanami westernów. Jako, że temat na czasie, a możliwe, że to mój ulubiony gatunek to postanowiłem stworzyć listę siedmiu westernów. Nie jest to lista naj...,  ale wszystkie z wymienionych tu filmów warto obejrzeć. Starałem się, żeby było w miarę różnorodnie.

„Siedmiu Wspaniałych” tutaj nie ma;]

7. Dajcie mi głowę Alfredo Garcii (1974) reż. Sam Peckinpah

Z początku na liście jeden reżyser mógł się pojawić tylko raz, ale postanowiłem, że krwawego Sama jako moim zdaniem najlepszego twórcę westernów nagrodzę dwoma pozycjami na liście. Wahałem się pomiędzy „Pat Garret i Billy the Kid”, a „Alfredo Garcią” i ostatecznie postawiłem na ten drugi. Film z Coburnem i Kristoffersonem uchodzi za klasyk gatunku, co rusz przewija się we wszelakich artykułach i pogaduszkach o westernach. BMTHOAG (uffff...) jest filmem nieco pomijanym w filmografii reżysera. Nie mam pojęcia dlaczego, gdyż jest filmem równie dobrym, a może nawet lepszym co „Pat Garret...”. Akcja filmu wprawdzie dzieje się w czasach współczesnych, bohaterowie zamiast końmi poruszają się samochodami, ale nie da się ukryć, że jest to w 100% western (jestem zwolennikiem teorii, że gatunek ten niekoniecznie musi odnosić się do tylko jednego miejsca i jednego okresu). Zresztą miejsce akcji filmu to te same okolice, które możemy oglądać we wcześniejszych filmach Peckinpaha, tylko kilkadziesiąt lat później. Również główny bohater to osobnik typowo Peckinpahowski. Grający rolę życia Oates (uwielbiam gościa) podejmuje się zadania dostarczenia w ręce meksykańskiego gangstera tytułowej głowy Alfredo Garcii. Wiem jak to brzmi, ale w rzeczywistości nie ma on nikogo zabijać, gdyż Alfredo już nie żyje. Trzeba tylko znaleźć jego zwłoki i wziąć sobie głowę. Makabryczna, a zarazem na swój sposób piękna opowieść o człowieku upadłym, który w końcu odkrywa co w życiu jest priorytetem i na końcu doznaje odkupienia.

6. Propozycja (2005) reż. John Hillcoat

Wybór trochę kontrowersyjny, gdyż film widziałem raz i to ładnych parę miesięcy temu. Ale nadal pamiętam uczucie jakie towarzyszyło mi zaraz po seansie. Występuje ono zaraz po tym jak mamy doczynienia z filmem nietuzinkowym i jest strasznie trudne do określenia, ale myślę, że każdy kiedyś go doświadczył. I tutaj podobnie jak przy wcześniejszej pozycji nie jest to klasyczny western. Choć epoka i klimat są podobne, to całość rozgrywa się w... Australii. Rolę Indian grają tutaj Aborygeni, a miejsce akcji jest dużo bardziej niegościnne, niż czerwona Arizona. Fabuła przedstawia się znakomicie. Miejscowi stróże pojmują dwóch członków gangu braci Burns. Jednak na wolności został trzeci z braci i jednocześnie największy psychopata. Jeden z pojmanych braci Charlie dostaje propozycję- wytropi i zabije trzeciego brata, albo inaczej zginie jego młodszy brat Mike- ten najbardziej niewinny z całej ferajny. W rolach głównych szereg świetnych „mord”- Guy Pearce, Ray Winston, Danny Hudson i John Hurt. W tle przygrywa nam Nick Cave (zresztą jest on równieź autorem scenariusza). Przed seansem trzeba się jednak przygotować na to, że nie jest to film, który ogląda się fajnie i po seansie można powiedzieć „dobrze się bawiłem”. Film jest strasznie niewygodny w oglądaniu i nieprzyjemny. To jeden z tych filmów, które choć nie da się zaprzeczyć, że są świetne to potrafią zdołować i zepsuć nam humor. I to mi się podoba;] Reżyser John Hillcoat jest autorem filmowej wersji „Drogi” McCarthy’ego, która jest jedną z moich ulubionych książek. „Propozycja” to dobry prognostyk przed premierą, bo widać po nim, że reżyser nie będzie miał problemów z przeniesieniem klimatu książki na ekran i są duże szanse, że już jesienią na ekrany naszych kin wejdzie film absolutnie fantastyczny.

5. Prawo i Pięść (1964) reż. Edward Skórzewski, Jerzy Hoffman

To nie omamy. Na piątym miejscu mamy film polski. Wbrew pozorom Polska nie jest westernową pustynią, mieliśmy „Ranczo Arizona”, „Wilcze Doły” (w obu akcja dzieje się w Bieszczadach), Summer Love z Valem Kilmerem w roli trupa, który jednak widziało chyba tylko jury w Gdyni i Bogusław Linda. Ale jedynym tytułem godnym uwagi jest tutaj „Prawo i Pięść”. Akcja tego westernu (easternu?) rozgrywa się mniej więcej w miejscu, gdzie piszę te słowa- Gorzów Wielkopolski i okolice. W filmie dopiero weszły one pod polskie władanie. W ogóle ziemie odzyskane, tuż po wojnie i powojenne Bieszczady to świetne miejsca na dobry film. Szkoda, że polscy filmowcy nie potrafią tego wykorzystać. No, ale cicho sza, bo tutaj dla odmiany chwalimy polskie kino. Główny bohater to typowo westernowy człowiek z nikąd. Przybywa pociągiem na ziemie odzyskane, zareaguje jak widzi, że kobiecie dzieje się krzywda, a jedyne czego chce to nowe spodnie. Nasz grany przez Gustawa Holoubka bohater trafia do grupy mającej zabezpieczyć opustoszałe niemieckie miasteczko i przygotować je na przyjazd repatriantów. Niestety grupa w skład, której wchodzą dość przypadkowo wybrani obywatele ma nieco inne zamiary i chce na zadaniu jak najbardziej się obłowić rozkradając to co popadnie. Naszemu bohaterowi to się nie podoba.... Jak widać fabuła daje spore pole do popisu. Oczywiście w tym wszystkim nie obejdzie się bez sporej dawki filozofowania po polsku (ale tutaj jest to dobre filozofowanie) i małej dawki propagandy (też nie przeszkadza). Jednak teraz piszę o westernach i zajmę się tym co „Prawo i Pięść” ma w sobie z westernu, a tego jest dużo i nikt kto podszedł do filmu jako do westernu nie poczuje się zawiedziony. Mamy tutaj prostą, dobrze opowiedzianą historię, która w dodatku kończy się strzelaniną na ulicach opustoszałego miasteczka. Mamy wyraziste czarne charaktery- jest mózg całej ekipy, który głównie ma się wymądrzać, a u jego boku jest klasyczny pomagier, który ma głównie działać. Ten drugi, grany przez Ryszarda Pietruskiego, człowiek o zniszczonych dłoniach to moim zdaniem obok Lindy z „Psów”, największy kozak jakiego widziałem w polskiej kinematografii. Reszta postaci, też daje radę. Są dość stereotypowe, ale dobrze nakreślone i zagrane. I nie można zapominać, że „Prawo i Pięść” dało nam jedną z najlepszych ballad. I to bez ograniczania się tylko do Polski.

4. Deadwood (2004-2006)

Bardzo cenię sobie HBO. Moim zdaniem nie ma telewizji, która robiłaby lepsze seriale. Obecnie świat seriali opanowały przeróżne „Losty” Prison Brejki” i „Hałsy”, które przyciągają przed telewizory miliony ludzi. Fachowcy w HBO mogliby bez problemu wyprodukować serial, który byłby maszynką do robienia forsy. I parę takich zrobili. Ale w przeciwieństwie do konkurencji wszystkie one były z pod kategorii R, co z góry mówiło, że to nie będzie tak dochodowy produkt jak ten od rywali.  Szefowie HBO dobrze o tym wiedzieli, ale erkę zostawili. Ciekawe, prawda? Jednak większość seriali prosto z HBO charakteryzuje się tym, że są one przeznaczona wyłącznie do dorosłego widza co wymusza gorszy czas antenowy i ich treść i sposób jej przedstawienia jest na pozór bardzo nieatrakcyjny, co odstręcza przypadkowego widza. Niech Bóg pobłogosławi korporacje tak bogate, że nie muszą patrzeć na gust masowego odbiorcy! „Deadwood” spełnia wszystkie cechu serialu z HBO. Nie lubię określenia antywestern i jest to dla mnie jakiś bzdurny wymysł filmoznawców, ale jeśli miałby go gdzieś użyć do użyłbym go w stosunku do „Deadwood”. Zapomnijcie o przygodach- tutaj przygoda opiera się na wzajemnym kopaniu sobie dołków. Zapomnijcie o bohaterach- tutaj Wyatt Earp to nie dający się lubić cwaniaczek, a jedna z legend dzikiego zachodu zostaje zabita przez jakiegoś luja podczas gry w pokera (autentyk). Zapomnijcie o szlachetnych dziwkach i kowbojach dżentelmenach, Zapomnijcie o sympatycznych barmanach i czystych Indianach. W ogóle najlepiej zapomnijcie o wszystkim co znacie z westernów z lat 50. Jeśli Sam Peckinpah tworzył antywesterny to „Deadwood” musieli stworzyć ludzie, którzy western darzą czystą nienawiścią. Obawiam się jednak, że to świat przedstawiony przez nich jest najbardziej podobny do prawdziwego dzikiego zachodu. Mało tego, mógłbym się założyć, że to wyglądało dokładnie tak jak to pokazali twórcy serialu. Na głównej ulicy miasteczka chodzi się po końskich szczynach, widok burdeli sprawia, że się odechciewa, a bohaterowie porozumiewają się przekleństwami używając niewulgaryzmów jako przecinek. Nigdy nie widziałem tak naturalistycznie przedstawionego świata dzikiego zachodu i pewnie nigdy już nie zobaczę. A wszystko to w doskonałej obsadzie (McShane!, Boothe!, Cox!, Sanderson!, Douriff!). Obok „Twin Peaks” mój ulubiony serial.

Pierwsza trójka wkrótce.

13:23, randallg
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5